| VLADAS BRAZIŪNAS Urodzony 17 lutego 1952 roku w Pasvalys (Poswolu), ukończył lituanistykę i dziennikarstwo na Universytecie Wileńskim. Pracował w rozmaitych czasopismach kulturalnych (Vilnius, Literatūra ir menas i in.), również jako redaktor naczelny. Ostatnio zajmuje się wyłącznie pracą literacką. W latach 1983–2002 wydał dziewięć tomików wierszy. Tłumacz utworów literackich z białoruskiego, chorwackiego, francuskiego, łotewskiego, polskiego, rosyjskiego, serbskiego, ukraińskiego. Znany jest również jako autor wyborów wirszy, almanachów oraz antologii poetyckich. Opublikowane tutaj wiersze pochodzą z tomów Alkanoji linksniuotė , 1993 (Głodna deklinacja) i Ant balto dugno, 1999 (Na białym dnie ). z cyklu z a i m k i o s o b o w e (iš ciklo a s m e n i n i a i į v a r d ž i a i) ja (aš) każdy powiedzieć może JA, i będzie rację miał JA, taki to a taki, obiecuję, JA kocham, JA jestem oszukany co ja mówiłem, a co czułem, co skłamałem – prawdą zaś było tylko jedno: ja to JA zgłoska jedna, która nie zna granic i z nocy wyskoczyła przywidziała się – brakuje mnie do pełni a czego mi jest brak? tak nigdy racji nie będę miał: ja to JA, nie ty i nawet wtedy gdy mnie ukradłaś i śnisz teraz, gorąca się unosi pierś, drżą usta już powiedziałaś zmęczona, wypuściłaś a może również ja? a ty? a wszystko inne? Przełożyła z litewskiego TERESA
DALECKA
ty (tu) podzielny, gdy chce wyjaśnić świat pozwala zwrócić się: TY, świat i Bóg, i deszcz, gimnazjalistka jednako dają się oszukać: wszystko – TY zebrać mogę wszystkie twe spojrzenia i rozłożyć jak stertę rękopisów, każde słowo ogień, błogość, zaimek – dom bez drzwi możesz wejść, zamieszkać wyjść, pozostać, ty to nie zdjęcie nie przeszłość, nie wspomnienie, nawet nie ból żyjący nadal we mnie, ten oto kwiat jeszcze nie rozwinięty, budząca się burza – nie ty, a TY Przełożyła z litewskiego TERESA
DALECKA
On (jis) ON to jest to, co zostaje po nas. Wzrok odskakuje od wzroku, cyfra od pomnika. ON powróciłem zgarbiony i pogrążony w smutku, a ptak, który pił z pocałunku, pod górę pędził – to ja. ON milknie z nagła, czernieje i wzdryga się od słowa jak winny, wszędzie jest trzeci, zawsze, przepada pośrodku dnia, mała radość z tego, co masz, to nie on, nie zbieg, niewart twojego śladu, on to nie to, które śpiewa i dźwięczy, i miewa ochotę niewidzialniego przytulić do duszy – ty i ja, a ów ON odskakuje od nas jedinie i dźwięczy, i gryzie powieki, tylko wciska się i sen kruszy sen na żwirek skrzypiący, i podsuwa mi umazane w sadzy zwierciadło. Przełożyła z litewskiego ALICJA
RYBAŁKO
My (mes) MY to udawane oboje. Udajemy, że akceptujemy wszystko, i mówimy MY. Ja i jeszcze kto inny, ty i jeszcze kto inny nie ma sensu, okruchy, już nie mówiąc o wszystkim – bez nas dwojga. Do końca nie wyrzekł MY późniący się zegar śpieszącemu. Natomiast moja bezsenność twoim uśpionym wargom powiada: my, niewidzialni my, nieosiągalni, nasze oddechy - my i dzieci, niepodobne do nas, nasze oczy, które biorą do serca, ale nie widzą, jak rozstajemy się, śpieszymy, zamykamy drzwi, zamykamy się w my, gdzie już nigdy nie przyjdzie udawać, że przyjmujemy wszystko w dziurawy świat liczby podwójnej Braziūnas V. On [jis; p.84]; My [mes; p.84-85] // Sen Mendoga: Antologia literatury litewskiej lat dziewięćdziesiątych / opracowana przez Alicję Rybałko. - Warszawa: Książka i Wiedza, 2001. - S.84-85. Przełożyła z litewskiego ALICJA
RYBAŁKO
Przełożyła z litewskiego ALICJA RYBAŁKO Dziś w nocy śniłem po raz pierwszy (Šiąnakt pirmąkart sapnavau ) Tylko przyszłaś, spytałaś mamy, czy jestem, i sen się skończył. Tak kończą się sny poniewczasie, spotkania i życia, ciągle mijające się przy jednym pytaniu, bo mamy już nie ma, mnie jest coraz mniej i odpowiedź wiadoma. A mama dopytuje się wciąż, co za jedna tu przyszła, peszę się zawsze, czerwienię i budzę, świat kręci się wokół swej osi – drobnej figurki na końcu korytarza, która wciąż jeszcze widzi mnie poprzez odbicie na szybie: piszę podczas geometrii pierwszy wiersz dla ciebie, na szarym tle jesieni serce podskakuje radośnie, cztery i pół strofy samych banałów, a tak bolą, że oddałbym wszystko za miłą, za królewnę z marzenia, nie zdążyłem powiedzieć ni słowa, choć widywałem tylekroć, dzień jak gdyby przytłaczał, a lekcje się ciągną wiekami, i wieczny alarm bojowy: schrony zamknięte na klucz. Braziūnas V. Dziś w nocy śniłem po raz pierwszy [šiąnakt pirmąkart sapnavau] // Sen Mendoga: Antologia literatury litewskiej lat dziewięćdziesiątych / opracowana przez Alicję Rybałko. - Warszawa: Książka i Wiedza, 2001. - S.85-86. łza biedronka (ašara boružė) mokry zarost wierzbowy na zakręcie z lewa ach cały w łzach skąpany męski łokciu już nie przytulaj, kogo łza odtrąci a wczep się w mokrą duszę drzewa ach kwiaty nucą dwuwargowe toczyłaś się, biedronko, rowkiem piersi niemego ciała kroplo smakowita czerwona kropko, bez skrzydeł, bez pieśni i bez warg moich, poleć i zapytaj czy niebo ześle nam pogodę Braziūnas V. łza biedronka [ašara boružė] // Sen Mendoga: Antologia literatury litewskiej lat dziewięćdziesiątych / opracowana przez Alicję Rybałko. - Warszawa: Książka i Wiedza, 2001. - S.86. Przełożyła z litewskiego TERESA DALECKA („AKMUO be tėvo auga...”) KAMIEŃ bez ojca rośnie bez nóg wody pędzą latają chmury bezskrzydlate po gałęziach czerwonego dębu pod nimi piosnkę starą ogień Dzuków dziewięciorogi jeleń nieci gdy tą głęboką rzeką płynę podnoszę kamień ten ode dna piję tę pamięć i ten ogień przypomnieć sobie nie potrafię Bez wiatru (Be vėjo) Kiedy wyszliśmy patrzyłem inny, a teraz wyjdę żeby zaczekać na nas. Wczoraj patrzyłem – chmury umarły, dzisiaj przed słońcem umarł deszcz: śnią błyskawiczne szczupaki z jednej wody do innej – z dni znoszonych ubóstwiony błysk nigdzie. Spojrzenie – w szklanej rzece, szumiąc odleciał wiatr zachodni... Uspokój się i już nie spiesz szykować się do minionej wojny. po drugiej stronie określonych kwadratów marzeń (anapus nustatytų svajojimų kvadratų) ach a ja gdybym codziennie oglądał białą brodę Basanavičiusa nad swoim biurkiem jak Peter Baruona widzi na polach, gdzie tylko kosić i kosić oddalić wschody i zachody sutartines śpiewać po tamtej stronie Niemenka, a po tej – lyguo byśmy dorównali sobie – nie lękom byśmy odrzucili ryzyko, granicę do której jeszcze można marzyć ach lekiem dla mnie jest skaistā Rigā! * * * („tylos žvėris, apuostantis tave...”) zwierzę ciszy, obwąchuje ciebie dzikie, niepoznawalne nie da się oswoić twarde, ale nie skała ryczy, ale nie wół dobre, ale nie ojciec jesień twego serca Mój los (Mano likimas) Wyłupione oko ciebie widzi, a obcięta ręka cię dotyka, drżąc wyciąga się do Losu świata, kurczowo chwyta chwile, które zakwitają dla nas pierwszy i ostatni raz, ale nie nasze: my sami – chwile, przeraźliwie i delikatnie ofiarowywane Nieskończoności, Losowi, Smokowi i jego zwycięzcy do naszego języka wkradają się siarczyste słowa Jupitera, nie wiedzą co to ofiara, pojmują jedynie niewolę i wroga, nie potrafią wybrać: rana czy śmierć, czy błyskotka, dzieci nawet one rodzą się dla nas, nie nasze, Los bez twarzy bezbronny: jest nikim bez twojego kształtu: tyś – jego światem, mieszkaniem dla ślepego mego spojrzenia i obciętej ręki, dla horyzontów snów i kruszących się schodów, patrz, patrz na mnie nie z daleka, patrz, jaki jestem w tobie posiekany i krzyczący: błogosław powtarzają się pokolenia poetów (kartojasi poetų kartos) jesteśmy tymi, których poezja przygarnie dzieci, pieski, żuki, laleczki niesprawiedliwych sądzą, a bezsilni klaszczą po ich dywanach szliśmy bosonodzy dzieci, pieski, żuki, laleczki dać słodką wolność mięśniom swym które odżyją wyzwolone z sylab poezja je przygarnie znów poezja jest uzbrojona w nas czujemy pod nogami żwirowisko dróg wszystkich – zaskrzypi i nie wraca zwycięska, wolna czy zdradzona czujemy, jak się zamieniamy w żwir a po nim nowi idą bosonodzy dzieci, pieski i wściekli na nas są poezja zaś uzbraja się już w nich kraj Perkuna (Perkūno kraštas) przy stole tym Adam Mickiewicz pije kawę, pali kaljan, puszcza dym przez wodę, wanna jest cała różowa, w niej siedzi Henrikas Radauskas jakby w krzewie róż bałtycki Rusin, zbiera złota i żywego srebra rdzę, rdze będą świadczyć przeciw wam i ogień pożre wasze ciała, do pioruna, teksty pienią się jak wonny szampon z wiśni słowami o narodzie i o państwie, spójne użycie ukazuje, że nie brak zadawnionych pytań, będziemy prać, obmywać, śpiewać łokciami podpierając stół, młode piwo pieni się już w szklankach, pioruny zaś uderzą w kamień, wód głębiny będą się pienić, kapiący dzwon miedziany, wanny odtłuczony brzeżek, kraj przez Perkuna nawożony, jak zdjęcie, poddane działaniu chemikaliów w oceanie czasu, jak mówi Alfonsas Nyka-Niliunas
Żółte światło (Geltonas žiburys) Przemilczenie moje, nigdy nie nazwana po imieniu, dogorywa głodna deklinacja: mnie, mi, mnie, mną – w tobie jak rak rozprzestrzenia się moja zabójcza bezsenność, dzisiejszej nocy miasto ciężkie śpiące podąża ku niej, dzień cały jak stary lunatyk będzie chodzić i skakać przy drzwiach, pracach i wypadkach, wszystko wypadnie mu z rąk – Chrystus i Judasz w nią, Chrystus i Judasz w nią – w przepaść, do dołu – konającą głodną duszę, która wymęczyła niewinne ciało; ściany się walą, przez dym remizy strażackiej wpada gęste światło poranka Panis Angelicus (Panis Angelicus) w to życie wchodząc zapalam co rano jego światełko zapalam co rano ufne jej spojrzenie czuję, powiedz – i my tak spojrzymy komu w oczy? a co mamy robić gdy wiatr przez gałęzie słonko toczy gdy zorze coraz rzadsze – częściej będą odprowadzać do tego pagórka, miło tam będzie grzebać korzenie zapuść, iskierko, popiół przerośnij: oto gwiazdka żwiru na drodze – w sercu – wysoko portret grupowy (grupinis portretas) Algimantasowi Aleksandravičiusowi ostatni początek: wydaje się – wody się rozściełają wystraszony tryb, zasuwy mocno zaryglowane, dłoń w garści, spazmatycznej pięści, kobieta popycha, wyjdź popatrz, plamy światłocieni próbują się porozumieć z medytującymi, wydaje się, że wszyscy już są przed obiektywem, chowają się za maską, płyną do strefy nieostrości, autor czeka na deszcz, może wymyje, przypławi wykąpanych w strumieniach nagich, niepocieszonych, nieprzekładalnych na język zrozumiały dla nas, ważne jest tylko światło płynące z ostatniej ciemności, tylko oko tylko pół oka, pół spojrzenia oświetla i się zanurza w ciało niemowlęcia, zmarszczki, pomarszczone chmury nie wylane, nie wypowiedziane, stosunek jest subiektywny związki przyczynowe, ale niewidoczne, podnosi się ciśnienie w oku przypływ się podnosi, wybucha odpływ, nas unosi * * * („pasaulis sėdi priešais mane...”) świat siedzi naprzeciwko mnie i otumania VB> Bądź tak dobra, przepisz VB> Bądź tak dobra, przepisz VB> Bądź tak dobra, przepisz VB> Bądź tak dobra, przepisz z popielatego naszego nieba zwariowany księżyc lampy który przez starą ściętą lipę oświeca twarz niby twarog wilgotnieją otwarte usta tak naprawdę musiałbym powiedzieć – ś w i a t a Przyjść (Pareiti) Nie przychodzę ani przyjeżdżam, mogę tylko zajechać, a ja w Poswolu, gdy bywało mi strasznie dobrze lub bardzo źle, miałem dokąd pójść, te wszystkie miejsca, które teraz żyją w moich wierszach, te wszystkie słowa, które żyją wciąż, nie mogą znaleźć swoich rzeczy, przychodzę ze słowami, rzeczy nie czekają na nie, nie rozpoznają, na podwórku naszego domu nie tylko pies, ludzie również podejrzliwi, chodzę, może zamierzam okraść, odebrać ich najdroższy skarb, zieleń posadzonej przez ojca jabłoni, przeze mnie wydeptaną ścieżkę i tę, która prowadzi do drwalni umarłych, ich przyszłe wspomnienie prowadzące do kresu nieżycia, jedyne miejsce, dokąd można przyjść. Poranek (Paryčiai) W czarnym oknie, które wychodzi na twą stronę przez żółte pinie lampy klosz rozrasta się i nie więdnie, i się nie dzieje już więcej nic – tylko to, co już się stało, księżyc maluje na drogach bladymi cieniami od Werek, od Zielonych Jezior do naszych schodów, do rana wystanej, wytęsknionej nie ma ciebie w nocy. Same noce w tobie jak osad lat, samotności grząski osad w oknie, księżyca odleżyny krwawią do jeziora, drogi już rozkopane, po bezkierunkowych zakrętach żółte godziny wciąż gdzieś pędzą i się zabijają. podróż, sen i deszcz (kelionė, sapnas ir lietus) a kule – przez głowę mądrą, przez serce śmiertelne igieł koszyczek – zamieniają się w żmije, węgle a pasierbica w lesie twoim bawi się w chowanego z niedźwiedziem gdzie są jej głupi obrońcy z dobrymi sercami? – jak nitka przez ucho przez Asveję mknie nasza łódź a twoje włosy, twoje błyszczące strugi złociste czyżbyś oślepła? – wpadamy w ciemniejącą Santokę wszystkie warianty nieścisłe, od prawdy dalekie z książek czerpane, - a kto zaś tego wieczoru dotyka ten błyszczy jak twoje włosy złociste we śnie tym dziwnym delikatnymi przysypane igłami |